poniedziałek, 19 grudnia 2011

Yu-Gi-Oh World Championship 2008 (oraz ogólne zasady)


O co w ogóle chodzi?

Jeżeli karcianki kojarzą Ci się ze skomplikowanymi zasadami, a rozgrywka dwóch pochłoniętych starciem graczy szastających bajkowo kolorowymi kartonikami jest dla Ciebie równie nieogarnięta jak eteryczne reguły rządzące chociażby wysublimowanym go (bardzo trudna starochińska gra planszowa, z którą nawet komputery sobie nie radzą), „Yu-Gi-Oh!” przyjemnie Cię zaskoczy. Gra jest banalna w teorii, a jeszcze prostsza w praktyce, co tłumaczy jej dużą popularność, tak w Japonii, jak i na Zachodzie.

Najprościej rzecz ujmując, chodzi o to, by pozbawić przeciwnika punktów życia. Do dyspozycji mamy talię kart, które musimy wykładać na podzieloną na dziesięć pól (dla każdego gracza) planszę (są jeszcze dodatkowe pola – np. „cmentarz”, gdzie lądują karty „pokonane”, ale chcę w tym krótkim opisie skupić się na samiuteńkich podstawach). Pięć górnych pól służy do wykładania „potworów” – kart, którymi będziemy atakować przeciwnika lub się bronić. Pięć dolnych pól służy - najogólniej mówiąc - do „efektów” – kładziemy tam karty działające jako pułapki, wzmacniacze ataków bądź statystyk potworów (każdy opisany jest wartościami ataku i obrony – aktywna wartość zależy od pozycji potwora: pionowej bądź poziomej), czy też zaklęcia wywołujące określone skutki (np. przyznanie każdemu graczowi dodatkowych punktów życia, przywrócenie pokonanego potwora z „cmentarza” z powrotem na planszę, itd.). Zdaję sobie sprawę, że to może brzmieć niezbyt zachęcająco, ale sama rozgrywka jest prostsza i banalniejsza niż wszelkie próby jej opisania. Po dwóch, trzech partyjkach gracz będzie doskonale zorientowany w systemie. Nie musimy z góry uczyć się kart - starczy grać i na bieżąco czytać opisy tych, których efekty nas zainteresują (można to robić praktycznie w każdym momencie rozgrywki, a same opisy są proste, zwięzłe i klarowne).

Od siebie mogę powiedzieć jedynie tyle, że ze względu na swą banalność i ogromne możliwości w komponowaniu własnych talii, „Yu-Gi-Oh!” wciąga i uzależnia jak mało co. Proste a jednocześnie emocjonujące potyczki sprawiają, że bardzo szybko można zgubić gdzieś wiele godzin z życia i zapaść na syndrom „jeszcze jednej partyjki”.

***

„Yu-Gi-Oh!” to nie tylko turnieje karciane, wirtualne i rzeczywiste, ale też – może nawet w głównej mierze – mangi i tasiemcowate anime. Dlatego niemal każda gra z serii ma jakiś tryb „story”, gdzie możemy spotkać się z ulubionymi postaciami bądź przeżyć najważniejsze dla serialu zdarzenia. Ale niech to będzie jasne – w „Yu-Gi-Oh!” nie gra się dla fabuły – jeżeli taka występuje, najlepiej ją zignorować. Nawet jeżeli lubimy seriale czy komiksy.

Na szczęście w „Yu-Gi-Oh! World Championship 2008” fabuły jest tyle, co kot napłakał. Są za to niezliczone potyczki z wirtualnymi przeciwnikami (można teoretycznie – nie sprawdzałam - grać online, ale trzeba znać innego posiadacza DSLite albo posiadać bezprzewodowy router...). Bardzo podobał mi się stopniowy sposób odblokowywania kart i przeciwników – nie mamy wszystkiego danego z góry, musimy sobie na to zapracować, np. poprzez serię bardzo wciągających wyzwań, w których, by odnieść zwycięstwo, należy spełnić szereg warunków: wygrać pojedynek w określonym czasie bądź (te starcia są najciekawsze!) doprowadzić do aktywacji określonych efektów kart (zmusza to do układania określonych talii).

Pierwsze zetknięcie z grafiką było lekko rozczarowujące – dotkliwe są zwłaszcza bijące po oczach piksele na teksturach przy zbliżeniach planszy... Jest to jednak mały mankament, bo ogólnie gra prezentuje się bardzo dobrze: jest kolorowo i sympatycznie, zaś interfejs jest czytelny i przyjazny w obsłudze, tak więc nawet kompletowanie talii na małym ekraniku DS-a nie będzie stanowić problemu.

Muzyka i dźwięki zawsze były słabą stroną serii – nie inaczej jest i tym razem. Na szczęście, nie uświadczymy tu niczego szczególnie irytującego, czego nie dałoby się przetrzymać. Właściwie to trzeba przyznać, że akurat w tej części muzyka nawet miejscami wpada w ucho. Nie mogę tylko zrozumieć, kto wpadł na pomysł, by rozpoczęcie fazy walki obwieszczać jakąś parodią syreny okrętowej!

Możemy grać w pojedynkach jeden na jednego bądź parami. Problem jest taki, że o ile przeciwnicy dysponują zupełnie zadowalającym AI (co trudniejsi potrafią zaleźć za skórę!), to, niestety, gdy tylko zostają naszymi partnerami, natychmiast srodze idiocieją, przez co więcej z nich bólu niż pożytku. Gdy jednak walczymy sami, gra dostarcza wiele satysfakcji.

Na pochwałę zasługuje sterowanie – nieważne, czy posługujemy się stylusem, czy jedynie przyciskami, w obu przypadkach jest to bardzo wygodne. Oczywiście, możemy swobodnie łączyć obydwa rozwiązania, co jest chyba najlepszą opcją.

„Yu-Gi-Oh! World Championship 2008” to jedna z najlepszych gier serii w ogóle. Mamy tu duży wybór kart, zadawalającą oprawę i dość dobre AI przeciwników. Przyjazny interfejs, świetne sterowanie i opcja „tutorial” powinny skłonić nowicjuszy do spróbowania swych sił w tej niesamowicie uzależniającej zabawie. Licznik w mojej kopii gry właśnie przekroczył 237 godzin. Chyba skuszę się na jeszcze jedną partyjkę...

Ocena: 8+/10

Uwaga: Nie wiem, czy tak jest jedynie w moim przypadku, ale gra całkowicie zawiesza się podczas aktywowania efektu karty „Rainbow Dragon” (Co za pech! Lubię tę kartę!). Innych poważnych błędów nie stwierdzono.