wtorek, 28 maja 2013

Bioshock Infinite



Notkę przygotował Psycho-Mantis.

Po wręcz kultowej części pierwszej i bardzo dobrej części drugiej apetyty odnośnie kontynuacji były ogromne. Niestety, Bioshock: Infinite najzwyczajniej rozczarowuje. Podniebne miasto Columbia w najmniejszym stopniu nie przytłacza tak, jak robiło to Rapture - nie zachwyca nawet monumentalnym budownictwem, a cały klimat „uwięzienia” zanikł.

Nie wykorzystano potencjału jakie miało miasto w chmurach - tak naprawdę jego zawieszenie nad ziemią nie ma większego znaczenia dla fabuły czy gameplayu - lokacje na zewnątrz są nieliczne i raczej nie wykorzystują faktu latania całej metropolii. Sytuację pogarsza brak splicerów. Jedynym ciekawszym elementem jest wykorzystywanie skyline’ów do przemieszczania się,  ale w zasadzie normalne miasto oplecione takimi liniami transportowymi dałoby ten sam efekt.

Fabularnie gra jest prowadzona miałko - gracza bardziej interesuje sianie ołowiu aniżeli zdarzenia przedstawione w grze. Niewiele możemy się też dowiedzieć o samym mieście podczas jego eksploracji. Dopiero pod koniec fabuła nabiera tempa, ale nie potrafi już zaskoczyć i wciągnąć gracza.

Gameplay jest fajny - przyjemnie się strzela, używa toników, a całość daje dużo radochy. Towarzysząca nam Elizabeth zachowuje się w miarę jak człowiek - nie musimy się o nią martwić, zawsze stara się być lekko przed nami, dlatego zawsze mamy ją na oku. Czasem podrzuci jakieś przedmioty, broń czy toniki, a w czasie walki ukrywa się, dzięki czemu w ogóle nie musimy zajmować się jej obroną, co jest świetnym pomysłem. Wreszcie nie ciągniemy za sobą kuli u nogi, jak to w wielu grach bywa.

Niestety, ale nowy Bioshock jest niczym więcej jak ciekawym acz bezmyślnym shooterem. Absolutnie nie tym, czym miał być i co obiecali nam twórcy. Wszystkie gameplaye i trailery, jakie serwowano nam przed premierą, można śmiało powiedzieć, przedstawiały nam zupełnie inną grę, pełną rozmachu, z rozbudowaną mechaniką i złożoną walką, wymagającą taktyki i pozwalającą na stosownie wielu sztuczek. Tymczasem wszystko sprowadza się do siania ołowiu, a pełnych polotu skryptowanych walk nie ma wcale. Elizabeth miała mieć możliwość otwierania portali, co mięliśmy wykorzystywać, miedzy innymi, do zgniatania przeciwników przedmiotami (czy wywołując np. burzę), tymczasem możemy jedynie otworzyć sobie portal w ustalonych miejscach, gdzie znajdziemy apteczkę, broń czy pojedynczy hak. Gracze mogą czuć się po prostu oszukani.

To samo tyczy się wielu innych aspektów gry, jak choćby muzyki, która nie umywa się do poprzedników. Jako nietuzinkowy i ciekawy shooter, gra broni się w pełni - ciskanie mocami i strzelanie daje sporo frajdy, ale to taka woda po Rapture. Posmak Bioshocka jest, ale treści niewiele.

Ocena: 7+/10


Plusy:

+ moce
+ hak i skyline
+ radocha z walki
+ nietuzinkowość

Minusy:

- wyjałowienie zapowiadanej rozgrywki
- znaczny spadek formy po dwóch pierwszych częściach
- nijaka muzyka
- utrata klimatu
- mało wciągająca fabuła