sobota, 11 października 2014

Atelier Meruru



O problemach z serią Atelier wspomniałam w notce o „Atelier Ayesha”. Ponieważ „Atelier Meruru” wyszła wcześniej, dostajemy w niej to, co zwykle – bardzo nudną fabułę spisaną na kolanie, nędzne dialogi o niczym, postaci o głębi i uroku szarego kartonu i totalne uczucie marnowanego (po raz n-ty!) potencjału.

Na plus również to, co zawsze, czyli niewiele – zbieranie ziółek i kryształków do alchemicznych przepisów i niespieszne turowe walki (jakimś cudem) wciągają.

Niestety, w przygodach Meruru, podobnie jak w „Atelier Rorona”, przebijają się japońskie zboczenia, a zwłaszcza fascynacja długonogimi lolitkami. Statyczne obrazki przedstawiające bohaterki w charakterystycznych pozach nie mogą być odebrane inaczej, jak przygotowywanie młodego odbiorcy do wejścia w świat ostrzejszego, rysunkowego porno (a nawet oswojenie go z lolitkowym seksbiznesem, który kwitnie w Japonii).


Ocena: 5=/10